Krzysiek o Mazury MTB w Giżycku

Czas bardzo szybko mija, a sezon rozkręcił się już na dobre. Jeszcze do niedawna z utęsknieniem czekałem na pierwszą inauguracyjną edycję Mazury MTB, a tymczasem w minioną niedzielę przyszło Nam rywalizować już w drugim wyścigu tego cyklu. Tym razem zawody były rozgrywane w Giżycku, miejscu, do którego wybrałem się z pełną obstawą – swoją dziewczyną Olą i siostrą Gochą. Ku mojemu zaskoczeniu na miejscu zawodów spotkałem też swojego trenera Adama, który w Giżycku pojawił się zupełnie nieoczekiwanie. 🙂 W tak dużym gronie, w sielskiej atmosferze, wraz z pozostałymi zawodnikami z teamu przygotowywałem się do startu będąc spokojny o serwis i zaopatrzenie podczas wyścigu.

Sama rywalizacja rozpoczęła się w podobnej atmosferze. Pierwsze kilometry przebiegały raczej spokojnie – przejeżdżaliśmy wzdłuż murów Twierdzy Boyen, a ja zacząłem się zastanawiać, skąd tyle tych pochlebnych opinii na temat trasy tego wyścigu. Na szczęście niedługo potem skończyliśmy przelotowy odcinek rundy i wjechaliśmy na ciekawe single, przypominające miejscami fragmenty z typowych tras wyścigów XCO. W tym momencie nasz zwarty peleton zaczął się rozrywać, a tempo nadawane przez Pawła Kowalkowskiego zdecydowanie wybiło mi z głowy ten przedstartowy familijny nastrój. Ostatecznie, na koniec pierwszej rundy wyścigowi przewodziła już tylko czwórka – Paweł, Patryk Piasecki, ja i kolega z Litwy. Drugie okrążenie przejechaliśmy spokojniej, chociaż ja starałem się wyglądać miejsc, gdzie mógłbym ewentualnie oderwać się od swoich rywali.

Prawdziwe ściganie rozpoczęło się dopiero na trzeciej rundzie. Na wspomnianym już trudniejszym technicznie odcinku, jadący z Nami zawodnik z Litwy zaczął delikatnie odstawać od Naszej grupy. Był to więc sygnał, że pora zachować się niezbyt gościnnie i podkręcić tempo. 🙂 Kilka kolejnych kilometrów było kluczowe dla przebiegu całej rywalizacji, a mi poprawne pokonanie następnych fragmentów rundy i sprawne wyprzedzanie dublowanych zawodników pozwoliło odskoczyć od Pawła i Patryka.

Tak właśnie rozpocząłem samotną jazdę. Muszę przyznać, że początkowo niezbyt entuzjastycznie oceniana przeze mnie trasa wydawała się być coraz fajniejsza, a niektóre odcinki sprawiały sporo frajdy. Bardzo pomocna okazał się też obecność na trasie Adama, Oli i Gochy, którzy dbali o mój komfort i informowali o przewadze nad goniącą mnie Dwójką. Ostatecznie na mecie zameldowałem się jako pierwszy, przyjeżdżając z bezpieczną, blisko dwuminutową przewagą nad finiszującymi wspólnie Patrykiem i Pawłem!