Krzysztof o Małopolska Liga Kolarska - Pcim #4 Puchar Polski

Jedną z wymiernych korzyści uprawiania sportu są podróże. Pomimo, że jeszcze 😊 nie jestem zawodowcem w swojej „rowerowej karierze” dzięki wyjazdom odwiedziłem wiele fajnych miejsc – „słoneczna” Chorwacja podczas tegorocznego, przedsezonowego zgrupowania, czeska Praga czy okolice niemieckiego Singen, to tylko niektóre miejsca warte wspomnienia. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że przyjdzie mi rywalizować w Pcimiu. Tak, właśnie tym Pcimiu będącym obiektem różnych docinek i zgryźliwości większości Polaków.

Mi jednak, meldując się w tej małej miejscowości w sobotę popołudniem wyraźnie nie było do śmiechu – wcześniejsze opady diametralnie zmieniły obraz trasy, która stała się praktycznie nieprzejezdna, czyniąc tym samym przyjemną z pozoru przejażdżkę z Matim nieustannym monologiem pełnym wielu kwiecistych epitetów w niespotykanej dotąd konfiguracji. 😀 W głowie rodziły się mi już czarne scenariusze i nachodziły liczne wspomnienia zeszłorocznej edycji Pucharu Polski w Białej. Wisienką na torcie było ogumienie w moim rowerze – Thunder Burt zwiastował zagładę i szybki koniec marzeń o dobrym wyniku. Po takim objeździe, moje samopoczucie mogła poprawić tylko stosownej wielkości pizza, która zjedzona w dobrym towarzystwie lekko podbudowała moje morale i z tym mieszanymi uczuciami położyłem się spać.

Niedziela przyniosła pewną nadzieję – rowery zawodników kończących wcześniejsze wyścigi wyglądały lepiej niż dzień wcześniej, a po parkingu niosła się radosna nowina, iż ponoć większość rundy jest już przejezdna.Ponadto, dzięki pomocy dobrych ludzi, Maćka Jeziorskiego i Przemka ze Sławna, udało mi się zamienić mój ultra ofensywny zestaw opon – Thunder Burt/Racing Ralph, na coś mniej kontrowersyjnego.

Na szczęście, Adam nie szczędzi mi marszobiegów i nawet fakt posiadania lepszego ogumienia nie przeszkodził mi w skutecznym przebutowaniu pierwszej rundy, gdy po nie najlepszym starcie, metodą „na flisntona” wyprzedzałem kolejnych zawodników. W tych lekko chaotycznych warunkach na początku kolejnego okrążenia utworzyła się prowadząca grupka – ja, bracia Budzińscy i Michał Topór. Wraz z biegiem czasu, Michał i Tomek zaczęli tracić dystans do mnie i Marcina. Ja tym samym zacząłem wierzyć w końcowy sukces. Niestety, Budzik wyraźnie lepiej radził sobie na zjazdach, gdzie ja przez swoją nieporadność traciłem cenne sekundy.

Z pewnym poczuciem niedosytu wyścig zakończyłem na drugim miejscu, ustępując zasłużonemu zwycięzcy, który zdecydowanie najlepiej radził sobie z warunkami na trasie. Dla mnie była to jednak dobra okazja do przypomnienia, jak postępować w takich bojowych warunkach.