BITWA O TWIERDZĘ BOYEN

Renault Team w składzie nieco uszczuplonym przez choroby i zgrupowania stanął na starcie pierwszego w tym sezonie maratonu.
Pod nazwą Mazury MTB kryją się ciekawie zlokalizowane i przede wszystkim wymagające wyścigi, które na długo pozostają w pamięci. Tak jak w poprzednim sezonie twórcy tej imprezy poprzeczkę zawiesili bardzo wysoko i na karkołomnej trasie o charakterystyce  XC, zapowiadała się zacięta rywalizacja. Swoją obecność zapowiedzieli goście z zagranicy jak i czołowi kolarze górscy z naszego kraju, więc przed startem niejedno serducho biło o 20 uderzeń szybciej niż zwykle. Bitwa o Twierdzę Boyen zapowiadała się krwawo i nikt nie zamierzał brać jeńców.
Giżycko powitało nas chłodem ale i upragnionym słońcem. Spotkaliśmy się dzień wcześniej na konferencji prasowej zorganizowanej w Hotelu St Bruno. Mury dawnego zamku krzyżackiego były świadkami niecodziennej sytuacji. Podczas wywiadów z organizatorem, lokalnymi władzami i zaproszonymi zawodnikami nastąpił pełen humoru, niecodzienny podział lokat. Niecodzienny i jak się następnego dnia okazało zaskakująco precyzyjny. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Rywalizacja rozpoczęła się trzech dystansach na których wystartowało około 300 zawodników.

Najmocniej obsadzony główny dystans liczył sobie nieco ponad 60km i rozgrywany był na sześciu rundach. Na linni startu stanęli: niezwykle doświadczony i utytułowany Andrzej Kajzer(Mistrz Polski w Maratonie MTB), Krzysztof Krzywy (Górski Mistrz Polski w kolarstwie szosowym), niesamowicie mocny i pochodzący z Giżycka Artur Korc, wesoły i bardzo ambitny Paweł Kowalkowski, grupa nieobliczalnych, walecznych zawodników z Litwy i Białorusi oraz reprezentujący barwy Renault: nieznający zmęczenia Arek J.(zwycięzca całego cyklu z przed roku), prawdziwy fighter Grzesiek M.(tryumfator poprzedniej edycji w półmaratonie), pełen ambicji Paweł J. i ja czyli ja, Daniel.

Po dynamicznym starcie uformowała się około dwudziestoosobowa grupa, która pędząc po brukach przy jeziorze Niegocin, dotarła do skarpy okalającej Twierdzę Boyen. Pierwszy zapiek w nogach na pozornie łatwym podjeździe był zapowiedzią tego co nieuniknione, przy tak mocnej stawce musi boleć.  Między murami twierdzy pozornie spokojna czołówka szykowała się na rozgrywkę przed pierwszymi technicznymi odcinkami, które miały niechybnie  dokonać selekcji. Z powodzeniem zaatakował Kowalkowski, znając trasę puścił się przed wszystkimi na karkołomny zjazd, po którym był jeszcze bardziej zaskakujący podjazd, a raczej stromy podbieg. Rywale nie odstępowali lidera na krok. Grzesiek mądrze pilnował szpicy i na techniczne single wjechał na dobrej pozycji. Choć odczuwając ciężar niedawnego zgrupowania musiał ustąpić pola lepiej dysponowanym rywalom. Niestety lekcji nie odrobił Arek i zablokowany przez słabszych zawodników, mimo świetnej dyspozycji tracił ucieczkę z pola widzenia.

Jadąc na końcu rozciągniętej już czołowej grupy, mogłem jedynie obserwować przebieg początkowych zmagań. Zagwarantował mi to uszkodzony podczas rozgrzewki łańcuch. Nie mogłem nawet marzyć o jeździe po tzw kole i jak głosi słynna propaganda, wycofałem się na z góry ustalone pozycje.

Pełen zapału Arek wkrótce wysforował się do przodu i nawiązał nawet walkę o czołowe lokaty. Jednak goniąc popełnił błąd i dachował na jednym z zakrętów. Zanim się pozbierał, ponownie został wyprzedzony przez dwóch rywali. Jeszcze próbował i wykręcił rewelacyjny czas poniżej 3h, jednak na walkę o podium było już za późno. O poziomie trudności trasy w Giżycku świadczy ilość osób, często dobrych zawodników, którzy musieli uznać jej wyższość i z opuszczoną głową zejść z pola boju.

Przemek Michalczyk ukończył półmaraton 5 open i 3 w M3. W maratonie Arek był 5 open i 3 w M4, Grzesiek 7op i 4 w M4, Daniel 13op i 5 w M4, Paweł choć 25 open, zajął 2msc w M5 i jak sam podkreśla, w śród Polaków był pierwszy, ustępując jedynie reprezentantowi Włoch 🙂

  Niesamowicie forsowny wyścig, obfitujący w wyjątkowo sztywne, strome podjazdy, kręte ścieżki między drzewami i niebezpieczne zjazdy,  każdy z nas odebrał na swój sposób. Jedni czują niedosyt i czekają na rewanż, drudzy cierpliwie kalkulują, że ciężka praca za chwilę przyniesie efekt. Inni jeszcze są zadowoleni, że bez defektu i w jednym kawałku dotarli do mety.
  Swego rodzaju przygoda zakończyła się połowicznym sukcesem. W klasyfikacji drużynowej Renault Team zwyciężył. W klasyfikacji indywidualnej karty zostały
rozdane już dzień wcześniej, na konferencji prasowej. Zapytany o lokatę w jaką celuje, Paweł Kowalkowski śmiało odpowiedział: w pierwsze miejsce. Natomiast Krzywy i Kajzer dodali: następne wolne… Jak powiedzieli, tak zrobili. To się nazywa wiara we własne siły.